piątek, 19 lipca 2024

Debata w Atlancie katalizatorem kryzysu. Biden walczy o polityczne przetrwanie

Czy Joe Biden jest w stanie poprowadzić Amerykę przez kolejne cztery lata? Po katastrofalnej debacie prezydenckiej w Atlancie, na tę fundamentalną kwestię próbuje odpowiedzieć cała Ameryka – i sam Biden. Wątpliwości narastają, a stawka jest wysoka jak nigdy dotąd.

Debata w Atlancie katalizatorem kryzysu. Biden walczy o polityczne przetrwanie
Prezydent Joe Biden przewrócił się w trakcie wchodzenia po schodach do Air Force One przed podróżą do Atlanty. Rzeczniczka prasowa zapewniła, że jego samopoczucie "jest w 100 procentach w porządku".fot. Eric BARADAT/AFP

Ostatnie dni przyniosły bezprecedensowe napięcie wokół kampanii prezydenckiej Joe Bidena. Debata w Atlancie, która miała być okazją do zaprezentowania wizji i doświadczenia, stała się katalizatorem narastających od miesięcy obaw dotyczących wieku i sprawności umysłowej prezydenta. Głosy krytyki, dotąd stosunkowo ciche, nabrały na sile, a wezwania do wycofania się z wyścigu, pochodzące od prominentnych Demokratów, darczyńców i opinii publicznej, stały się nie do zignorowania.

W obliczu narastającego kryzysu, Biden i jego sztab podjęli próby odzyskania kontroli nad przekazem. W tym celu prezydent udzielił wywiadu telewizyjnego dla ABC News, pierwszego od czasu debaty, oraz zorganizował wiec wyborczy w Madison w stanie Wisconsin. Oba wydarzenia miały na celu uspokojenie nastrojów i zaprzeczyć narastającej panice w szeregach Partii Demokratycznej.

W wywiadzie dla ABC, przeprowadzonym przez George'a Stephanopoulosa, Biden zaprezentował postawę pełną defiance'u, stanowczo odrzucając wszelkie sugestie o problemach zdrowotnych i niezdolności do sprawowania urzędu. Na pytania o wiek i kondycję psychiczną zareagował z irytacją, nazywając je "hipotetycznymi" i twierdząc, że codziennie zdaje "testy poznawcze", zarządzając sprawami świata.

W podobnym tonie odniósł się do sondaży wskazujących na porażkę w starciu z Donaldem Trumpem, nazywając je "remisami" i podkreślając swoje kompetencje i doświadczenie. Na sugestie o potrzebie ustąpienia miejsca młodszemu kandydatowi zareagował z przekąsem, deklarując, że wycofa się z wyścigu tylko na wyraźne polecenie "Wszechmogącego".

Próba zdyskredytowania obaw o stan zdrowia i szanse wyborcze nie przyniosła jednak oczekiwanych rezultatów. Publiczność, komentatorzy i - co najważniejsze - członkowie Partii Demokratycznej, pozostali unconvinced. W mediach społecznościowych, na forach internetowych i w kuluarach politycznych rozgorzała dyskusja na temat przyszłości Bidena i Partii Demokratycznej.

Coraz częściej pojawiały się głosy, że uparta postawa prezydenta i jego sztabu przynoszą więcej szkody niż pożytku. Zamiast uspokoić nastroje, eskalują kryzys i dają przeciwnikom polityczne amunicję.

Wątpliwości dotyczące wieku i zdrowia Bidena przestały być tematem tabu. W mediach pojawiły się analizy dotyczące ewentualnej procedury zmiany kandydata na prezydenta w trakcie kampanii wyborczej. Na pierwszym planie znaleźli się potencjalni następcy, z wiceprezydent Kamalą Harris na czele.

Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że w Partii Demokratycznej brakuje jednego, oczywistego kandydata, który mógłby zjednoczyć jej szeregi i przekonać do siebie elektorat. W grę wchodzą zarówno politycy o ustawionych karierach, jak i młodzi, charyzmatyczni liderzy, którzy dotychczas nie mieli okazji zaprezentować się na arenie narodowej.

Kryzys wokół kandydatury Joe Bidena to nie tylko sprawa jednego człowieka i jego ambicji. To test dla Partii Demokratycznej, która musi z jednej strony bronić swego kandydata, a z drugiej - zachować twarz i zaufanie wyborców. Stawka jest wysoka, bo w grze jest nie tylko Biały Dom, ale i przyszłość amerykańskiej demokracji.